Kobieta, Onkologia

Moja walka z nowotworem

14 PAŹDZIERNIKA, 2020


Pomimo ciągłego rozwoju medycyny profilaktyki raka piersi, nowotwór ten jest najczęstszym nowotworem złośliwym u kobiet. Dzięki badaniom przesiewowym, właściwej diagnostyce i odpowiedniej edukacji zdrowotnej pacjentek istnieje spora szansa na wczesne wykrycie zmian i skuteczną terapię. 

20 lipca 2017 roku u dziennikarki Polsat News zdiagnozowano nowotwór piersi. Mimo wielu trudnych chwil, nie poddała się i jak sama mówi: „Dałam radę”. Swoimi przeżyciami chętnie dzieli się z innymi pacjentkami, co daje im wsparcie i wiarę, że rak to nie wyrok.

Jako osoba medialna, postanowiła Pani głośno mówić o „swoim raku”, czy raczej potrzebowała Pani odseparowania od świata zewnętrznego?

Na początku wiedzieli tylko najbliżsi, przyjaciele i szefostwo w pracy. Później grono „wtajemniczonych” się poszerzało. Ówczesny szef, Marcin, na jednym z zebrań poinformował załogę o mojej chorobie, wtedy zalała mnie prawdziwa lawina wsparcia – będę za nią wdzięczna do końca życia. Na antenie pracowałam w peruce, widzowie myśleli, że zwyczajnie zmieniłam fryzurę, dostawałam nawet komplementy, że to bardzo korzystna zmiana. 

            Kolejne wlewy czerwonej chemii robiły w organizmie coraz większe spustoszenie. Potrzebowałam przerwy w pracy – myślałam, że będzie to maksymalnie tydzień, myliłam się. Zaczęły się pytania, dlaczego mnie nie ma, jak długo jeszcze będę na wolnym… ja nie odpisywałam na wiadomości. Było to niepodobne do mnie, bo zawsze utrzymywałam z widzami bliski kontakt. Nie byłam gotowa napisać: „Mam raka, nie wiem kiedy wrócę na antenę”. Ujawniłam się po ponad trzech miesiącach od diagnozy, kiedy nie miałam już siły na nic, a już na pewno nie na udawanie. Napisałam w swoich mediach społecznościowych, że mam raka i poczułam gigantyczną ulgę. Reakcja społeczeństwa niesamowicie mnie zaskoczyła. Oczywiście byli tacy, którzy mówili, że powinnam się ze swoim rakiem schować w domu, ale to był promil reakcji, miażdżąca większość dała mi dużo dobra i ciepła. Piękna była też reakcja, kiedy po kilku dniach od ujawnienia się poprowadziłam telewizyjny program w peruce i wszyscy wiedzieli, że pod nią kryje się łysa głowa.

Rodzina, przyjaciele – to oni dali siłę do walki?

Bez nich bym umarła, i mówię to z ręką na sercu. Uważam, że jesteśmy na tyle silni, na ile czujemy się kochani. Kiedy byłam w kompletnym dołku to Robert i mój synek Kacper mnie z niego wyciągali. Nigdy nie zapomnę przytulania i buziaków w łysą głowę i słów, że jeszcze trochę i będzie po wszystkim… Moja mamusia była bardzo dzielna, nigdy przy mnie nie płakała, po jednym z wlewów czuwała i trzymała mnie za rękę przez całą noc, czułam to, ale byłam tak słaba, że nawet nie byłam wtedy w stanie powiedzieć dziękuję. Przyjaciółki były niezawodne pod każdym względem. Koledzy, koleżanki i znajomi co chwilę pytali, jak mogą pomóc i czy czegoś nie potrzebujemy. Często byłam odwiedzana i bardzo to lubiłam. Onkolog dr Katarzyna Pogoda była generałem na wojnie o moje życie, a rodzina i przyjaciele to oddziały zbrojne. Razem daliśmy radę.

Jak wyglądał cały proces leczenia? Czy miała Pani wsparcie ze strony personelu medycznego?

Przez pierwsze sześć tygodni, od wyniku biopsji cienkoigłowej do pierwszej chemii, wędrowaliśmy z Robertem od gabinetu do gabinetu, szukaliśmy lekarzy, rozwiązań, możliwości. Uważam, że to był najtrudniejszy etap, najbardziej nerwowy i niosący dużo frustracji. Byliśmy jak dzieci we mgle, bo nie wiedzieliśmy, jak poruszać się po świecie, gdzie rządzi rak. Trafiliśmy na różnych lekarzy i różne podejście. Niestety nie zawsze życzliwe, ale takie jest życie, trudno. Kiedy nie otrzymaliśmy pomocy… szliśmy dalej. Poruszyliśmy niebo i ziemię, aby kiedy już rozpocznie się leczenie, mieć przekonanie, że robimy słusznie i jesteśmy w dobrych rękach. Okres diagnozowania dokładnie opisuję w książce „Dziad. On silny, my silniejsi”.

Czy uważa Pani, że polskie pacjentki są właściwie zaopiekowane, jeżeli chodzi o dostępność do terapii?

Jeśli chodzi o mój przypadek nie mogę powiedzieć złego słowa. Trójujemne nowotwory ciągle są rzadkie i ciągle są zagadką dla medycyny. Sprawdzałam jak leczone są przypadki takie jak mój np. w USA, Niemczech, Włoszech czy Izraelu. Leki stosowane na świecie w leczeniu tróujemnego raka piersi są dostępne w Polsce, mogłam być spokojna. Ale mam koleżanki z nowotworami innego typu, które mają świadomość, że jest lek, który byłby dla nich ratunkiem, albo wydłużyłby życie, ale jest poza zasięgiem finansowym i formalnym. Tegoroczny raport fundacji Alivia jest druzgocący. Jest źle. Dlatego kiedyś w jednym z wywiadów pozwoliłam sobie na stwierdzenie, że do raka trzeba mieć szczęście.

Wraz ze swoim partnerem postanowiła Pani napisać książkę. Czy ma być ona wsparciem dla pacjentów onkologicznych?

Mówimy, jak jest w czasie leczenia onkologicznego, bez cukru i pudru. Książka jest swego rodzaju eksperymentem. Swoje części pisaliśmy oddzielnie, aby nie sugerować się odczuciami i emocjami drugiej osoby. To dwa spojrzenia na ponad dziewięć miesięcy drogi przez piekło. Ale jest wspólny mianownik i jaskrawy przekaz: ja jestem silna tobą, ty jesteś silny mną, jesteśmy silni sobą….  razem można wyjść z najgłębszego dołu, siła jest w miłości i wsparciu bliskich.

 

A jak czuje się Pani obecnie?

Różnie. Leczenie onkologiczne poczyniło spustoszenie w moim organizmie. Ciągle mam problemy z koncentracją i pamięcią, jestem rozchwiana hormonalnie, po tym jak ponad rok byłam w farmakologicznej menopauzie, ale najgorsze są bóle kości i stawów, na szczęście minęły koszmarne bóle głowy, które miałam przez kilka miesięcy. Najważniejsze jest to, że żyję… staram się odzyskać siebie sprzed raka. Żyję najpiękniej jak umiem. Każdy dzień jest najważniejszy.

Na koniec naszej rozmowy, czy ma Pani jakieś przesłanie dla kobiet zmagających się z nowotworem?

Kiedy chorowałam usłyszałam wiele ważnych słów od mądrych, dobrych ludzi. Trzeba pamiętać, że najważniejsza w procesie leczenia jest silna głowa. Można się załamać, nawet kilka razy, ale nie można się poddać. Nie czytajcie statystyk, bo nie macie na imię Statystyka, nie wzorujcie się na konkretnych przypadkach, bo nie ma dwóch takich samych… Ufajcie lekarzom, a nie szarlatanom i cudownym kuracjom. Pamiętajcie, że z najgorszego syfu da się wyjść. Skoro ja dałam radę, to Ty też. Głowa do góry. Dobij dziada, niech spada.  


[pvc_stats postid="" increase="1" show_views_today="0"]

POWIĄZANE ARTYKUŁY