Hormonoterapia stanowi podstawę leczenia ok. 2/3 pacjentek z rakiem piersi. Jej skuteczność zależy jednak od długotrwałego i systematycznego stosowania leków, co w praktyce klinicznej bywa wyzwaniem. O roli terapii uzupełniającej, problemie odstawiana leczenia, konieczności edukacji chorych oraz perspektywach nowych rozwiązań wspierających terapię mówi onkolog kliniczny dr n. med. Roman Dubiański.
Rak piersi jest najczęstszym nowotworem złośliwym u kobiet. Co więcej, liczba chorych stale rośnie. Czy wiadomo, dlaczego tak się dzieje?
Myślę, że jednym z głównych powodów jest fakt, że kobiety żyją coraz dłużej. Wraz ze wzrostem średniej długości życia zwiększa się także ryzyko zachorowania na różne nowotwory, w tym raka piersi. Ale to nie jedyny czynnik. Wiemy, że duże znaczenie ma gospodarka hormonalna – liczba ciąż i okres karmienia piersią. Obecnie kobiety często rezygnują z macierzyństwa albo decydują się na jedno lub dwoje dzieci, a nie kilkoro, jak dawniej. W efekcie okres ekspozycji na hormony jest dłuższy, co zwiększa ryzyko rozwoju choroby. Są to dwie główne przyczyny obserwowanego wzrostu zachorowań.
Jak działa hormonoterapia w przypadku raka piersi i czy każda pacjentka może być nią leczona?
Ok. 2/3 przypadków raka piersi to raki hormonozależne, czyli takie, w których komórki nowotworowe mają receptory estrogenowe lub progesteronowe. Wszystkie pacjentki z takim rozpoznaniem powinny otrzymać hormonoterapię. Celem tego leczenia jest zahamowanie aktywności hormonalnej organizmu. W zależności od tego, czy pacjentka jest przed menopauzą, czy po menopauzie, stosujemy różne metody, ale zawsze chodzi o jedno – wyłączenie wpływu hormonów na rozwój choroby.
Jakie znaczenie ma leczenie uzupełniające w procesie terapeutycznym?
Jest ono absolutnie kluczowe. Samo leczenie miejscowe, czyli operacja, w przypadku raka piersi nie jest wystarczające. Aby zwiększyć szanse na całkowite wyleczenie i zapobiec nawrotom, konieczne jest leczenie systemowe – w tym właśnie hormonoterapia, którą prowadzi się zwykle przez co najmniej pięć lat. W zależności od typu nowotworu i stopnia zaawansowania stosuje się także chemioterapię, leczenie celowane czy immunoterapię. Obecnie często ogranicza się zakres operacji – usuwa się mniejsze fragmenty piersi czy jedynie węzły wartownicze zamiast całych pakietów węzłów chłonnych – dlatego znaczenie terapii okołooperacyjnej, podawanej przed lub po zabiegu, jest jeszcze większe.
Zdarza się jednak, że pacjentki przerywają leczenie hormonalne. Jakie mogą być tego konsekwencje i czy rzeczywiście często się to obserwuje w codziennej praktyce klinicznej?
Tak, to realny problem. Dane pokazują, że nawet kilkadziesiąt procent pacjentek odstawia leczenie, choć nie zawsze lekarz ma tego świadomość – pacjentki ukrywają ten fakt, nie realizują recept albo wykupują leki, ale ich nie stosują. Konsekwencje tego są bardzo poważne. Podstawowym celem hormonoterapii jest zapobieganie nawrotowi choroby, więc jeśli pacjentka rezygnuje z leczenia, ryzykuje powrót raka, co wiąże się z dużo gorszym rokowaniem.
Jaką rolę odgrywa edukacja pacjentek w kontekście hormonoterapii? I jakie znaczenie dla systematycznego przyjmowania leków ma dialog pomiędzy lekarzem a pacjentką?
Ogromny. Kluczowe jest zbudowanie zaufania pomiędzy lekarzem a pacjentką. Pacjentka musi rozumieć, po co przyjmuje leki i jakie mogą być konsekwencje ich odstawienia. Trzeba też rozmawiać o działaniach niepożądanych, które często są powodem rezygnacji z terapii. Część z tych objawów można złagodzić lub im zapobiec, ale pacjentka musi wiedzieć, że ma wsparcie i że może otwarcie mówić o swoich problemach. Edukacja nie może się kończyć na pierwszej wizycie – to proces ciągły, wymagający przypominania i stałej rozmowy.
Jaką rolę w leczeniu mogą odgrywać nowe technologie? Czy mogą pomóc pacjentkom w systematycznym przyjmowaniu hormonoterapii?
Uważam, że to bardzo potrzebny kierunek. Technologie cyfrowe – aplikacje, systemy przypominające o przyjęciu leku – mogą wspierać pacjentki, zwłaszcza młodsze, które chętniej korzystają z takich rozwiązań. Warto myśleć o wdrażaniu takich narzędzi, bo mogłyby znacząco poprawić regularność leczenia i jego efekty.

O tym, że choruję na raka piersi, dowiedziałam się właściwie przez przypadek. Mój mąż zapisał mnie na mammografię po tym, jak w radiu usłyszeliśmy reklamę zachęcającą kobiety do profilaktyki. Sama pewnie nigdy bym się nie zgłosiła — zawsze uważałam się za osobę zdrową: byłam aktywna, biegałam, zdrowo się odżywiałam. Dwa tygodnie po badaniu odebrałam telefon ze szpitala w Szczecinie z informacją o podejrzeniu nowotworu złośliwego. To był szok, ale od początku miałam w sobie przekonanie, że wszystko skończy się dobrze.
W szpitalu biopsja potwierdziła diagnozę. Trafiłam pod opiekę wspaniałego lekarza, który od pierwszej chwili dał mi ogromne poczucie bezpieczeństwa. Powiedział, że przeprowadzi mnie przez cały proces leczenia i wyjaśnił wszystko w prosty i zrozumiały sposób, krok po kroku. Najpierw przeszłam chemioterapię i radioterapię, a teraz jestem po pierwszym roku pięcioletniej hormonoterapii. Lekarz wytłumaczył mi bardzo dokładnie, na czym polega okołooperacyjne leczenie hormonalne, dlaczego jest tak ważne. Dzięki temu od początku miałam pełną świadomość, że hormonoterapia to nie tylko „dalszy etap”, ale kluczowy element całego procesu leczenia raka piersi. Terapię znoszę bardzo dobrze — czuję się jak zdrowa osoba, nie odczuwam skutków ubocznych, o których tyle się mówi. Mąż bardzo wspiera mnie w moim całym procesie leczenia. Motywuje mnie jedno: chcę być zdrowa. Niczego więcej nie potrzebuję. Choroba nauczyła mnie pokory, wdzięczności i doceniania życia. Kiedyś miałam różne ambicje i plany, dziś cieszę się każdym dniem i tym, co mam.
Wiem, że niektóre kobiety przerywają leczenie hormonalne, gdy tylko poczują się lepiej. Uważam, że to duży błąd – skoro hormonoterapia ma nam pomóc utrzymać remisję i zapobiec nawrotom choroby, trzeba ją stosować do końca. Dla mnie to świadomy wybór i wyraz troski o siebie. Traktuję ją jak ochronę, która daje mi poczucie bezpieczeństwa. Nie uważam się za osobę chorą. Zawsze powtarzałam, że rak piersi to tylko epizod – przyszedł i odejdzie. My, kobiety, mamy w sobie ogromną siłę. Wsparcie rodziny jest bardzo ważne, ale jeszcze ważniejsze jest, by otaczać się ludźmi, którzy mówią: „dasz radę”, a nie tymi, którzy użalają się nad nami. Ja siłę czerpię z aktywności fizycznej, spacerów i rozmów z mężem, pozytywnego nastawienia. To moja recepta na zdrowie i spokój.
Czytaj także
Nasze historie
POPRZEDNI
NASTĘPNY
POWIĄZANE ARTYKUŁY










27 MARCA

