Kobieta, Onkologia

Wiewióra wygrywa z rakiem

2 LIPCA, 2020


 Kiedy masz trzydzieści parę lat ostatnią rzeczą o której myślisz to fakt, że możesz zachorować na nowotwór. Ta myśl jest tym bardziej niewyobrażalna, jeśli dbasz o siebie, pamiętasz o profilaktyce i co roku wykonujesz badania, które mają wyłapać potencjalną chorobę zanim się rozwinie. Zwłaszcza, jeśli choroba teoretycznie rozwija się od siedmiu do dziesięciu lat. Teoretycznie. To słowa Anny Płocienniczak-Babilon, która od kilku lat zmaga się z rakiem szyjki macicy. Jest energiczna, pełna pasji i mimo regularnych badań profilaktycznych usłyszała diagnozę: rak szyjki macicy. Jej historia jest niezwykła i wzruszająca, zapraszamy Was do świata Wiewióry.

W jakich okolicznościach nastąpiła diagnoza – czy były to rutynowe badania kontrolne, czy raczej pojawiły się objawy, które Panią zaniepokoiły i skłoniły do kontroli lekarskiej?    

Pojawiły się objawy, które skłoniły mnie do tego, aby wybrać się do lekarza. Do tego czasu stosowałam bardzo regularną profilaktykę: robiłam cytologię oraz usg dopochwowe co roku. Objawami, które zaczęły mnie niepokoić były plamienia i krwawienia. W związku z tym, że kilka miesięcy wcześniej odstawiłam tabletki hormonalne na początku zrzuciłam plamienia na karb reakcji organizmu.  Kiedy jednak pojawiły się większe krwawienia postanowiłam pójść to skonsultować. Od pierwszego lekarza, do którego poszłam usłyszałam, że absolutnie mam się niczym nie martwić, gdyż jest to nadżerka – dostałam globulki i zostałam odesłana do domu. Krwawienia zamiast ustępować, zaczęły się nasilać dlatego dwa tygodnie później poszłam do ginekologa, który tak naprawdę uratował mi życie. Był mocno zdziwiony, że poprzedni lekarz w ogóle wypuścił mnie z gabinetu. Już na drugi dzień byłam w szpitalu, a równo miesiąc od kiedy byłam uspokajana przez pierwszego lekarza, odbierałam wynik kolposkopii wraz z informacją, że mam 4 cm guza Diagnoza – rak szyjki macicy płaskonabłonkowy o najwyższym stopniu złośliwości G3.     

Muszę niestety przyznać, że wśród lekarzy istnieje bardzo niska świadomość dotycząca tego, iż cytologia nie zawsze jest badaniem miarodajnym. Rozmawiając z jednym z profesorów usłyszałam opinię, że około 40% cytologii ma wynik fałszywie ujemny i to wynika z kilku rzeczy miedzy innymi metody jaką się robi badanie (wciąż często stosowana jest jeszcze metoda patyczka).  W przypadku patyczka zdarza się, że pobrane są tylko te zdrowe komórki a pominięty ten jeden fragment, w którym są komórki rakowe. Inną kwestią stosowane odczynniki i fakt czy cytologia jest wykonana metodą tradycyjną czy cienkowarstwową. W moim przypadku dodatkowo została zbagatelizowana kwestia nadżerki – wielu lekarzy twierdziło, że kiedy urodzę dziecko problem sam się rozwiążę. Na moją niekorzyść zadziałał również mój wiek – jestem osobą relatywnie młodą, gdyż mam 37 lat (diagnoza nastąpiła w wieku 34 lat) i wciąż pokutuje przekonanie, że rak szyjki macicy dotyczy kobiet po 50 roku życia. Uważam, że te wszystkie czynniki sprawiły, że moja diagnoza nastąpiła tak późno.       

Wciąż za mało się mówi również o Wirusie  HPV, który odpowiada za około 90% zachorowań na raka szyjki macicy, dlatego właśnie pierwszą rzeczą jaka powinna być zrobiona w trakcie diagnostyki to test na HPV. Jeżeli występują szczepy onkogenne (typ 16 i 18), to oznacza, że kobieta musi być pod bardzo ścisłą opieką lekarską. Wówczas nie robi się cytologii tylko kolposkopię.    

  

Jak Pani wcześniej wspomniała badała się Pani regularnie, można by powiedzieć, że jest Pani kobietą, która w pełni świadomie podchodzi do profilaktyki – jak w takim razie zareagowała Pani na wieść o chorobie?    

Od razu włączył mi się tryb zadaniowy. W życiu stosuje zasadę, którą sobie wypracowałam „95/5”. Oznacza to, że mam 5% czasu na to, żeby się denerwować, wkurzać, płakać. Następnie przez 95% swojego czasu żyję normalnie i prę do przodu. Od samego początku włączył mi się tryb 95 i myślę, że po prostu pewne informacje do mnie nie docierały. Byłam przekonana, że lekarze zwyczajnie mnie wyleczą.     

Dopiero później zaczęły dochodzić do mnie niezbyt dobre informacje. Pojawiły się przerzuty do węzłów chłonnych, w związku z tym zapadła decyzja o usunięciu macicy razem z przydatkami. To był prawdziwy cios. Pojawiała się bardzo duża złość i wściekłość na tę spóźnioną diagnozę przede wszystkim.  Kiedy spotykałam się z nowym lekarzem czy pielęgniarką i za każdym razem pojawiało się pytanie: „Czy regularnie robiła Pani badanie cytologiczne?”. Wówczas wpadałam w furię i bardzo się denerwowałam w sytuacji, gdy lekarze dochodzili do wniosku, że skoro w takim stanie trafiłam do nich – czyli już w mocno zaawansowanym stadium choroby – to znaczy, że na pewno coś zaniedbałam. A jak tak naprawdę nie zaniedbałam nic.     

 

Z połączonych mocy powstaje Kapitan Wiewióra 

 

Jak wygląda leczenie? – czy trafiła Pani na lekarza, który zaproponował właściwą ścieżkę terapeutyczną?   

Od pierwszego lekarza w Krakowie bardzo szybko uciekłam i trafiłam do Centrum Onkologii w Warszawie, gdzie w po kilku dniach znalazłam się na stole operacyjnym. Następnie zaczęłam radioterapię i chemioterapię. To pierwsze leczenie było bardzo szybkie i planem było pełne wyleczenie choroby. Funkcjonowałam wówczas w takim przeświadczeniu, iż uda się mnie wyleczyć. Muszę przyznać, że trafiałam na różnych specjalistów i chciałabym bardzo podkreślić, że najważniejsze jest to, aby konsultować się z różnymi lekarzami. Nie musimy trwać przy pierwszym lekarzu. Wybierzmy sobie takiego, który nie tylko jest mądry, ale z którym będziemy mieć bardzo dobry kontakt, bo jest to absolutnie kluczowe. W mojej opinii lekarz powinien być partnerem i wsparciem – my tak naprawdę stajemy wspólnie na jednym froncie walki.  Niedawno zmieniłam swojego lekarza onkologa, gdyż mam głęboką świadomość, iż  moje leczenie powinno pójść w trochę inną stronę niż on proponuje. Dzięki właściwej komunikacji, którą wspólnie z lekarzem udało się nam wypracować, cały ten proces zmiany przebiegł bardzo płynnie – Mój lekarz skierował mnie do swojej koleżanki, która jest wybitnym specjalistą w chorobach ginekologicznych. Dlatego tak istotne w całym procesie leczenia jest to, aby pacjent nie traktował lekarza jak Boga, lekarz powinien być partnerem.  

Jeśli chodzi o samo leczenie to w roku 2018 zakończyłam chemioterapię razem z leczeniem wspierającym i do końca roku 2019 wszystko układało się dobrze. Natomiast pod koniec stycznia 2020 nastąpiła wznowa. Niestety rak szyjki macicy jest rakiem, który ma stosunkowo niewielkie spektrum możliwości leczenia tradycyjnymi lekami.  Na chwilę obecną została mi chemioterapia, która w przypadku mojego typu nie jest do końca skuteczna. Właśnie z tego powodu, po konsultacji z lekarzami, podjęłam decyzję, iż będę próbowała wejść w badania kliniczne. Byłam w fazie oczekiwania, po to aby moje węzły chłonne powiększyły się do odpowiedniego rozmiaru czyli 15/15 mm. W moim przypadku klinicznym rak rozprzestrzenia się po węzłach chłonnych. Na szczęście nie mam przerzutów do innych organów. W momencie, kiedy węzły już osiągnęły wymagany rozmiar, dowiedziałam się, że ze względu na sytuację związaną z koronawirusem rekrutacja do większości badań klinicznych została zamknięta. Taki pech 😉. Oczywiście nie poddaję się i wspólnie z lekarzem będziemy szukać możliwości zakwalifikowania mnie do wciąż otwartych badań klinicznych.           

 

Relacja pacjent – lekarz jest nieodzownym elementem składającym się na powodzenie terapii, czy podczas całego procesu leczenia lekarze są dla Pani wsparciem?  

W bardzo dużym stopniu tak. To oczywiście zależy od konkretnego lekarza. Trzeba też uświadomić sobie, że niestety lekarze w Polsce są niesamowicie zabiegani. Często toną w papierach i pomimo tego, że chcieliby poświęcić czas pacjentowi to tak naprawdę tego czasu nie mają.

W momencie, kiedy pojawiła mi się wznowa bardzo szybko trafiłam pod opiekę pani Hematolog, która jest absolutnie fenomenalną i wspaniałą kobietą. Potem trafiłam do genialnego Onkologa. Wiem  z jakim zaangażowaniem rozmawiali ze mną gdzieś w biegu na korytarzu, albo odpisywali na moje maile późno w nocy i zawsze będę im za to wdzięczna. W Polsce poważnym  problemem jest to, że lekarze nie mogą poświęcić pacjentowi odpowiedniej ilości czasu. Dlatego właśnie uważam, że czasem trzeba o ten kontakt z lekarzem powalczyć – np. stanąć na środku korytarza i powiedzieć, że się nie wyjdzie, dopóki nie pozna się planów działania. Czasami lekarz ma w swojej głowie wizję i plan, ale nie zawsze znajduje  czas, aby podzielić się nim z pacjentem.

 

Czy choroba zmieniła Pani życie – jak leczenie wpływa na Pani aktywność zawodową, realizację pasji?

Choroba nie zatrzymała mnie ani na moment. Sprawiła natomiast, że zaczęłam podchodzić mądrzej do pewnych spraw. Pracuję jako trener biznesu, tworze programy rozwojowe, nieustannie pracuje z ludźmi. Pomimo mojej choroby wciąż mogę spełniać się zawodowo. Moi współpracownicy, szef, moja firma okazali się dla mnie ogromnym wsparciem w przejściu przez to trudne doświadczenie.

Mam ogromne szczęście, że pracuję w firmie, która stanęła za mną murem i stworzyła mi warunki do pracy w takim stopniu na jaki pozwalało mi leczenie. Nawet po operacji, chemioterapii i radioterapii pracowałam – nie miałam dłuższego zwolnienia lekarskiego niż dwa tygodnie. Różne terapię mogą  być bardzo męczące, dlatego przy większości z nich  pracowałam z domu. Każdorazowo tworzyłam z moimi szefami  system działania dopasowanego do aktualnego leczenia. Umawialiśmy się na pewne zadania ale nie musiałam, ich realizować od 9 -17. Czasem było tak, że lepiej pracowało mi się od 13 do 21 i to tez było ok.  Tym bardziej w trakcie radioterapii, w trakcie której praktycznie codziennie drzemałam między 14, a 16 😊

Uwielbiam swoją pracę, ona daje mi siły do działania i sprawiała, że mam mniej czasu na myśli dotyczące umierania. Między innymi dzięki pracy mogę wciąż myśleć o sobie, w taki sposób, iż jestem zdrowa, tylko mam raka.

 

 

 

 

Pani Anno czy ma Pani jakieś przesłanie do kobiet, które nie do końca zdają sobie sprawę z istoty regularnych badań.

Podstawową rzeczą jest profilaktyka. Rak szyjki macicy (zresztą każdy  rak) wykryty na odpowiednio wczesnym etapie, może dać szansę wyleczenia w 100% Niestety większość nowotworów daje oznaki wtedy, kiedy choroba jest już w fazie zaawansowanej. Coroczna wizyta u internisty, ginekologa, zrobienie cytologii, badania na HPV, USG piersi, USG Transvaginalne,  pełna morfologia krwi – to jest absolutna podstawa. W dzisiejszych czasach pamiętamy o tym, aby zabrać samochód na przegląd, a w tym zabieganiu, pędzie i stresie zapominamy, że nasz organizm to też jest maszyna, która ma prawo się zepsuć. Trzeba o nią dbać: dietą ćwiczeniami, ale tak samo badaniami profilaktycznymi. Przed chorobą nie można się ustrzec – nigdy nie wiemy, kiedy kogo dopadnie. Kluczem jest to, żeby ją wykryć maksymalnie wcześnie aby mieć szanse na pełne wyleczenie.

 

 

Serdecznie zapraszamy Was też do śledzenia bloga oraz fb Wiewióry 😊 – https://wiewiorawygrywazrakiem.home.blog ; FB: @wiewiorawygrywazrakiem

 


[pvc_stats postid="" increase="1" show_views_today="0"]

POWIĄZANE ARTYKUŁY