Kobieta, Współpraca z lekarzem

Być mamą dzięki in vitro

2 WRZESIEŃ, 2020


Przyjście na świat dziecka jest darem, niezależnie od tego, w jaki sposób zostało ono poczęte. Dla wielu par zapłodnienie pozaustrojowe jest jedyną szansą na zajście w ciążę i posiadanie pełnej rodziny. Decydując się na in vitro przyszli rodzice oddają swój los w ręce embriologów, którzy pomagają w zapłodnieniu, a o zarodki dbają, jak o własne dzieci. Małgorzata Rozenek-Majdan jest przykładem na to, że warto walczyć o to co jest dla nas ważne – dzięki metodzie in vitro stała się mamą trójki wyjątkowych chłopców.

 

Ile lat starała się Pani by zostać mamą, kiedy podjęła Pani decyzję o in vitro?

Jeżeli mówimy o decydowaniu się na in vitro musimy zacząć od pierwszej ciąży. Kończąc szkołę baletową wiedziałam, że dziewczęta, które od bardzo młodego wieku uprawiają sport wyczynowo, czy tak jak w moim przypadku balet, mimo że nie jest to oficjalnie stwierdzone, zauważono, że ma to w jakiś sposób wpływ na płodność. I ja wiedziałam od początku, że może być z tym problem. Dosyć wcześnie zaczęłam starać się o dziecko i po dwóch latach bezskutecznych prób trafiłam do kliniki. Mam to szczęście, że jestem z dużego miasta i dostęp do tego typu placówek jest dobry, czego wiele kobiet z mniejszych miejscowości nie doświadcza. Tam przeszłam prawidłową i bardzo szybką diagnostykę, która wyraźnie dała odpowiedź, że albo in vitro, albo nigdy nie zostanę mamą. Było to 15 lat temu i wydawać by się mogło, że wtedy było trudniej, ale atmosfera wokół in vitro te 15 lat temu była dużo lepsza niż obecnie. To było traktowane w kategoriach nowinki medycznej, trochę lotu w kosmos, ale nie było absolutnie żadnego negatywnego oddźwięku, nie było politycznych rozgrywek jakie są teraz. Po dwóch latach bezskutecznych starań naturalnych zdecydowaliśmy się na in vitro, które wyszło za pierwszym razem. Starając się o drugie dziecko wiedzieliśmy, że nie mamy innej drogi i po raz drugi mój syn pojawił się na świecie właśnie tą metodą.

Kiedy poznałam mojego obecnego męża Radosława, od początku oboje mieliśmy świadomość, że jeżeli chcemy mieć wspólne dziecko, to tylko poprzez zapłodnienie pozaustrojowe, ponieważ tylko w ten sposób jestem w stanie zajść w ciążę. Jestem szczęściarą, ponieważ moi partnerzy są mężczyznami, którzy nigdy nie dali mi odczuć, że jest to coś dziwnego lub gorszego oraz nie obarczali mnie winą za brak naturalnego poczęcia, dzięki czemu było mi łatwiej psychicznie. Decydując się po raz trzeci na dziecko byłam przekonana, że nie będzie żadnych problemów. I tutaj niespodzianka, nie wychodziło 3 lata, a jak wychodziło to na bardzo wczesnym etapie ciąża się kończyła. Składałam to trochę na karb wieku, ale tak naprawdę in vitro to trochę loteria. Zostanie mamą po raz trzeci to była bardzo trudna i traumatyczna droga, którą przeszliśmy i nie ukrywam, że gdyby nie wiara naszych lekarzy, z którymi przez te wszystkie lata się zaprzyjaźniliśmy i moje ogromne do nich zaufanie, to chyba Henryka by nie było. Mieliśmy dwa bardzo ciężkie momenty podczas starań, kiedy chcieliśmy się poddać. Nie wierzyliśmy już w skuteczność i nie wierzyliśmy, że nam się uda po kolejnej nieudanej próbie, która zakończyła się w 11 tyg. bliźniaczej ciąży, która przestała się rozwijać, postanowiliśmy, że to już jest koniec, bo nas to kosztowało bardzo dużo zdrowia psychicznego i właśnie wtedy pojawił się Henryk.

 

Muszę zaznaczyć, że w przypadku in vitro istotną kwestię stanowią możliwości finansowe pary starającej się o dziecko – nam udało nam się wytrwać, bo mieliśmy budżet na to, by próbować tyle razy

 

W Polsce ludzie wycofują się nie dlatego, że przestają wierzyć, czy przestają marzyć o dziecku, im się po prostu kończą środki. I nie może być tak, że jesteśmy czerwoną wyspą na mapie Europy i Świata, gdzie in vitro jest traktowane nie jak metoda lecznicza, którą jest, ale jak fanaberia. Rodzice, którzy przez lata swojej pracy w składkach zdrowotnych odkładają pieniądze na to, aby Państwo w razie, gdy zachorują np. na niepłodność, solidarnie pomogło im (tak jak pomaga chorym na cukrzycę, na choroby układu krążenia), w tym momencie nie mogą liczyć na pomoc Państwa, ponieważ refundacja tej metody została wstrzymana. I Ci ludzie mają odbieraną szansę na to, by stać się rodzicem, ponieważ ze względów politycznych przehandlowano zgodę na in vitro za układ z kościołem katolickim.

Co stanowi największy problem w naszym kraju, jeśli chodzi o in vitro?

Brak refundacji, który dla środowisk ze średnich i mniejszych miejscowości oraz wsi czy dla osób niezamożnych, ale również średnio-zamożnych, uniemożliwił korzystanie z tej metody. Absolutnie ją zamknął czyniąc zbyt kosztowną. Jeżeli to jest odczuwalne dla mnie czy dla osób z dużych miast, gdzie po pierwsze jest inna możliwość zarobkowania, po drugie do naszej procedury in vitro nie dolicza się przejazdów, bo jest to metoda bardzo angażująca czasowo. Jeżeli przez dwa tygodnie co drugi dzień musisz być na USG, to trzeba doliczyć koszty transportu czy przebywania w hotelu co jeszcze bardziej podraża całą procedurę i to powoduje, że są to bariery nie do przejścia. Zamknięcie refundacji przez Państwo i zrzucenie tej odpowiedzialności na samorządy (jest parę miast w Polsce, które wzorowo sobie z tym radzą m.in. w Warszawie decyzją prezydenta Trzaskowskiego przedłużono finansowanie procedury in-vitro do 2023) spowodowało, że jest ona elitarna. Pamiętamy czas 2013-2016 gdzie rząd PO-PSL wprowadza państwowy program refundacji in vitro, który okazuje się ogromnym sukcesem demograficznym, 22 tys. dzieci na razie urodziło się z tego programu, a urodzi się wg ostrożnych szacunków lekarzy 24 tys. i to tylko przez 3 lata działania programu. Brak refundacji to kluczowy problem z metodą in vitro, ale należy jeszcze wspomnieć kontrowersje społeczne wokół tego tematu, gdzie ludzie boją się przyznać, że leczą się na niepłodność.

Co skłoniło Panią do założenia MRM Fundacji, co stoi za tą decyzją? Jaka jest misja, cele fundacji?

Dla mnie najważniejszą rolą w życiu, jest rola mamy. To jest coś co nadaje mojemu życiu sens. Bardzo dobrze rozumiem kobiety, które świadomie nie decydują się na macierzyństwo, o tyle dla mnie moje dzieci są ważne i każdego dnia mam świadomość, że gdyby nie metoda in vitro i wspaniali lekarze moich chłopców by nie było. Uświadomiłam sobie, że bardzo wiele osób jest pozbawionych tej możliwości co nie powinno mieć miejsca w XXI wieku. Z zazdrością patrzę na moje koleżanki mieszkające we Francji czy w Szwecji, które mają nieograniczony dostęp do metody zapłodnienia pozaustrojowego. Pozbawione są stresu, skąd wziąć pieniądze na leczenie, a to wpływa na skuteczność tej metody, która objawia się w ilości powtórzeń, szczególnie wraz z wiekiem. Pomyślałam sobie, że to jest moja misja, mój cel!

Mam potrzebę mówić o rzeczach ważnych i chcę pomagać, bo sama byłam w tej sytuacji i miałam ogromne szczęście, a mimo to kosztowało mnie to wiele zdrowia i wysiłku

Główną misją mojej fundacji jest edukacja i upowszechnienie dostępu do badań. Stworzyliśmy dwa programy na rok 2020, niestety pandemia pokrzyżowała nam plany. Na 8 marca, po wielu miesiącach ciężkiej pracy, przygotowaliśmy konferencję w Senacie na Dzień Kobiet dla kobiet, chcieliśmy przedstawić program diagnozowania AMH (badanie z krwi, które pozwala określić płodność kobiety) wraz z laboratoriami ALAB. Zauważono, że bardzo wiele problemów pojawia się, kiedy kobieta przychodzi do lekarza z za niskim AMH. Świadomość wśród kobiet, że mogą takie badanie wykonać jest bardzo niska. Dlatego przygotowaliśmy program, który ma uzmysłowić kobietom, że 30. rok życia to idealny moment, aby takie badanie przeprowadzić. Chcieliśmy przebadać 10 tys. kobiet za przysłowiową złotówkę i rozpropagować wiedzę na temat tego badania. Trzeci projekt, co do którego prowadziliśmy zaawansowane dyskusje z Ministerstwem Edukacji Narodowej miał dotyczyć rozmów w klasach maturalnych w ramach godziny wychowawczej nt. płodności wśród młodych ludzi. Jest to taki wiek, w którym myśli się jak nie zajść w ciąże, ale ważne jest by wiedzieć, że higiena dnia codziennego (szczególnie u mężczyzn) ma wpływ na to czy będziemy mieć szanse być rodzicami. Niestety przez Covid-19 szkoły zostały zamknięte, ale mam nadzieje, że uda się do tego projektu wrócić.

Jakie emocje towarzyszą leczeniu niepłodności?

To są ekstremalne emocje. Jeżeli ktoś tego osobiście nie przeszedł to bardzo trudno jest wytłumaczyć to zwłaszcza ludziom, którzy mieli ogromne szczęście zostać rodzicami naturalnie, jak traumatyczne może to być doświadczenie. Maksymalnie rozburzone nadzieje, oczekiwania, poczucie winy jak nie wyjdzie to jest porównywalne, jak mówi mój mąż, do sportowca przed ważnym wydarzeniem sportowym, olimpiadą. Trzeba być w najlepszej formie fizycznej, należy być psychicznie bardzo odpornym. Życie rodzinne jest skoncentrowane na tym, żeby się udało. To jest ogromny stres i presja, już nie mówiąc o ogromnym rozżaleniu, kiedy nie wychodzi. Obciążająca jest świadomość, że nie mam więcej pieniędzy na kolejna próbę. Ludzie podejmują dramatyczne decyzje o sprzedaży mieszkania, samochodu, ograniczają do minimum swoje jakiekolwiek potrzeby tylko po to, by opłacić leczenie.

Jakie są powszechne stereotypy na temat zapłodnienia pozaustrojowego?

Te stereotypy dotyczą przede wszystkim tego jak traktowane są embriony. Metoda in vitro ma bardzo polityczny aspekt, tworzone są fake newsy, by podtrzymać kontrowersyjność tej metody. Uzyskanie embrionu jest trudne i każdy embrion jest cenny dla rodziców – zachowanie go powoduje, że nie trzeba przechodzić od nowa terapii hormonalnej, nie tylko trudnej zdrowotnie, ale również finansowo. Nie ma czegoś takiego jak wylewanie do zlewu dzieci, zabijania w imię jednego zarodka innych zarodków, nie ma wybierania lepszych zarodków, te wszystkie argumenty są nieprawdziwe i szkodliwe a służą tylko temu, by usprawiedliwić brak finansowania metody in vitro.

Jeszcze przed pandemią w ramach działalności mojej fundacji jeździłam na spotkania do mniejszych miast, bo edukacja to ważna część działalności fundacji. Podczas jednego z takich spotkań, gdzie zgromadziło się 30 słuchaczek Radia Maryja, które przyszły nastawione bardzo negatywnie a wyszły mówiąc, że nie rozumieją (było to spotkanie z lekarzami, psychologami) na czym polega problem wokół tej metody. Bo nie ma problemu wokół tej metody, poza tym, że obecnie Państwo nie chce jej finansować.

Decydenci dążą do tego, aby w społecznym odbiorze ten sposób zapłodnienia z metody leczenia stał się metodą szemraną, tak by usprawiedliwić brak dofinansowania

Co powiedziałaby Pani parom, które borykają się z problemem niepłodności?

Pierwsza podstawowa rzecz to znalezienie profesjonalnej pomocy. To jest podstawa i w Polsce ciągle niedoceniona kwestia, co powoduje wiele frustracji i niepotrzebną utratę pieniędzy. Jeżeli chcesz obciąć włosy idziesz do fryzjera, jeśli boli cię serce idziesz do kardiologa, jeżeli masz problem z płodnością nie idź do ginekologa, który się zajmuje narządem rodnym, tylko idź do lekarza, który jest specjalistą z tej dziedziny. W coraz większej ilości krajów zmienia się nazwę klinik z leczenia niepłodności na wspieranie płodności. Badania mówią, że nazwa i jej negatywne konotacje powoduje, że ludzie zwlekają z decyzją udania się po pomoc medyczną, bo nikt nie chce się przyznać, że ma problem z niepłodnością. Kluczowy jest czas i każdy miesiąc zmarnowany w miejscu, które profesjonalnie przy pomocy specjalistów nie wspiera płodności działa na naszą niekorzyść.

 


[pvc_stats postid="" increase="1" show_views_today="0"]

POWIĄZANE ARTYKUŁY