Kobieta, Życie z chorobą

Rak nie przekreśla ciąży

27 KWIETNIA 2021


Rocznie kilkanaście tysięcy kobiet w Polsce słyszy diagnozę „rak piersi”. W większości przypadków, przy optymalnym leczeniu, które powinno zostać wprowadzone na jak najwcześniejszym etapie choroby, nowotwór jest wyleczalny.

Historia Oli Dryzner jest wyjątkowa, bo sama ona jest wyjątkowa. Po usłyszanej diagnozie świadomie walczyła z rakiem i udało jej się spełnić coś co niektórym wydaje się niemożliwe – ponownie została mamą.

Dla wielu kobiet może być Pani inspiracją – zawsze uśmiechnięta, pogodna i dzielna, do tego wspaniała mama. Skąd czerpie Pani siłę do działania i jednocześnie do walki z chorobą?

Chyba z rodziny (uśmiech).  Te najważniejsze wartości mam poukładane i dzięki temu odczuwam spokój wewnętrzny. Mam cudownego męża, z którym się dogaduję i dużo rozmawiam. Jesteśmy związkiem partnerskim – wiem, że zawsze mogę na niego liczyć. Mam dzieci, które są na tym etapie, że jestem ich całym światem i jest to niezwykłe uczucie. One potrzebują mnie, a ja potrzebuję ich. Mam mamę, która jest dla mnie wsparciem – wiem, że jeśli tylko będę potrzebowała pomocy to ona będzie. Tata też mnie wspiera z oddali. Babcia by mi wszystko oddała, gdyby mogła. Posiadam grono przyjaciółek sprawdzonych od lat i nawet jak spotykamy się sporadycznie (bo każda ma swoje życie), to wiem, że ciepło o mnie myślą, tak samo jak ja o nich. Mam wielu znajomych, fantastyczne koleżanki, przyjaciółki amazonki. Mam stabilny dochód, czyli kwestia bezpieczeństwa finansowego jest zapewniona. Czyli to co dla mnie najważniejsze mam. W takich okolicznościach jest o wiele łatwiej o pogodę ducha, uśmiech czy spokój. Poza tym staram się wyrywać wolne chwile, by korzystać z życia, zjeść dobry obiad z mężem, obejrzeć film, a przede wszystkim podróżować i tak zbierać wrażenia, które wyciągam z rękawa jak mam gorszy moment. (czekam na koniec pandemii oraz, żeby Stefan trochę podrósł i ruszamy znowu w świat). Szczęściara ze mnie!

Ja raczej nie zatrzymuje się, tylko idę do przodu i po drodze staram się pokonywać jakieś trudności, które napotykam.  Lubię się uczyć nowych rzeczy, stawiam sobie co jakiś czas nowe wyzwania, snuje plany, marzenia.

Z rakiem nie walczę, przeszłam leczenie, zaakceptowałam, że był i liczę na to, że nie wróci. Będąc w ciąży skończyłam też studia podyplomowe z psychoonkologii, które tym bardziej pomogły mi samej poukładać sobie to wszystko w głowie, a teraz będę starała się pomóc innym.

 

Proszę przybliżyć nam swoją historię dotyczącą choroby – w jaki sposób nastąpiła diagnoza? Z jakimi emocjami musiała się Pani zmagać?

Podczas wizyty ginekologicznej moja pani ginekolog poradziła mi, abym zrobiła kontrolne badanie USG piersi, gdy skończę karmić piersią córkę. Do tej pory jestem jej za to bardzo wdzięczna, bo pewnie gdyby nie ona to moja historia inaczej by się potoczyła. Chciałam jednak podkreślić, że w trakcie karmienia można badać piersi. Niestety czasami radiolodzy twierdzą, że w trakcie laktacji nie warto robić usg, bo nic nie widać. To raczej nie jest prawdą, bo jeśli ten nowotwór już jest, to jednak da się go zauważyć. Sama mam koleżanki, które usłyszały właśnie diagnozę w trakcie ciąży, bądź też w okresie karmienia piersią. W zeszłym roku dzięki nagłośnieniu przez fundację Rak’n’Roll tego problemu zmieniono zalecenia na takie, by chociaż raz w trakcie trwania ciąży i karmienia wykonać usg piersi.  

W moim przypadku diagnoza nastąpiła podczas kontrolnego badania. Kończył się mój urlop macierzyński i postanowiłam wykonać profilaktyczne badania przed powrotem do pracy. W trakcie usg wykryto zmianę i od razu dostałam skierowanie na biopsję. W biopsji cienkoigłowej znaleziono komórki rakowe. Był to mój drugi dzień pracy…Drugi i ostatni na dłuższy czas, bo od razu musiałam wziąć zwolnienie lekarskie i zacząć się leczyć.

Wynik biopsji przekazano mi przez telefon. Pierwsza reakcja to płacz. Spojrzałam na moją małą córkę i pomyślałam, że zaraz ją osierocę.  Moja mama, która była wtedy u mnie w domu od razu domyśliła się o co chodzi. Było trochę dramatycznie, bo mama z tego przerażenia dostała hiperwentylacji. Także ja musiałam się uspokoić, aby móc uspokoić ją. Dodatkowo świadkiem tego wszystkiego była moja 1,5 letnia córka, która była przerażona sceną, która rozgrywała się na jej oczach. I to był dla mnie taki moment, w którym postanowiłam, że nie poddam się temu strachowi. Postanowiłam, że zrobię wszystko, by wyzdrowieć.

Oczywiście później zdarzały się momenty trudne: kiedy było gorsze samopoczucie podczas chemii albo spadały parametry krwi i nie mogłam dostać wlewu. Generalnie podeszłam jednak do tego bardzo zadaniowo. Jestem osobą, która lubi być przygotowana najlepiej jak może. Dlatego zaczęłam szukać jakiś fajnych peruk, turbanów, oglądałam filmiki na yt jak Afrykanki wiążą turbany i sama próbowałam.  Zrobiłam też sobie makijaż permanentny brwi – wiedziałam, że mój wygląd zacznie się zmieniać, a chciałam przejść ten cały proces leczenia z podniesioną głową, nie tracąc siebie. Nie chciałam zmienić się w pacjentkę onkologiczną, która tak siedzi smutno pod gabinetem i wykonuje polecenia lekarzy i pielęgniarek.  Chciałam brać aktywny udział w leczeniu, zdobyć wiedzę, móc dyskutować z lekarzami i rozumieć co do mnie mówią. Aż do diagnozy nowotworowej nie musiałam korzystać z państwowej służby zdrowia, nie znałam tych realiów. Więc na początku musiałam się nauczyć i odnaleźć w tym świecie. Tu rejestracja, tu jakaś kontrolka. Jak już się z tym oswoiłam to muszę przyznać, że nawet polubiłam wizyty na chemii. Miałam bardzo fajne koleżanki pod gabinetem. Wiedziałam, że zaraz się z nimi spotkam, porozmawiamy sobie, pośmiejemy się (uśmiech). Przyjaźnie te trwają do dziś.

  

Czy od razu po diagnozie został wdrożony plan terapeutyczny? Jak wyglądało leczenie?

Miałam szczęście, gdyż wszystko zostało bardzo szybko zorganizowane. Lekarka, która się mną zajęła sama osobiście wszędzie dzwoniła i mówiła, że ma młodą dziewczynę i muszę przyznać, że diagnostyka była naprawdę szybka. W niedługim czasie od diagnozy już byłam operowana. Później była chemioterapia. Teraz z perspektywy czasu, gdy mam już większą wiedzę o tej chorobie to starałabym się trochę inaczej pokierować tym procesem leczenia. Przede wszystkim żałuję, że nie została wykonana mastektomia z jednoczasową rekonstrukcją. Nie dość, że miałabym od razu pierś to nie musiałabym potem przechodzić bolesnych operacji związanych z rekonstrukcją piersi. Niestety, tam, gdzie się leczyłam, czyli w Centrum Onkologii w Warszawie, nie praktykowano takich zabiegów w tamtym czasie, a ja nie wiedziałam, gdzie i jak szukać ośrodka i lekarza, który by się podjął takiej operacji. Poza tym chciałam wówczas jak najszybciej zacząć leczenie. Obecnie jest już jeden chirurg w CO, który wykonuje tego typu operacje, które są już od dłuższego czasu na porządku dziennym w Europie.

Wracając do leczenie systemowego przyjęłam standardową chemię, łącznie 16 wlewów. Miałam również terapię celowaną w postaci herceptyny oraz hormonoterapię. Pełen pakiet. Leczenie trwało półtora roku.

 

Czy w całym okresie choroby ma Pani wsparcie ze strony personelu medycznego?

Bardzo różnie. Doskonale wiem jakie są realia i ile czasu mają lekarze na wizytę. Zazwyczaj wizyty są bardzo krótkie i często ja sama miałam niedosyt. Myślę, że każdy tak o sobie myśli, że jego przypadek jest wyjątkowy i chciałby się czuć wyjątkowo na tej wizycie, a nie być jakimś „numerkiem”. System jest jednak niewydolny, więc na wizycie jest raczej konkret i następny pacjent. To, co jednak mi się nie podoba, to zauważyłam, że rzadko który lekarz pokazuje dostępne możliwości. Oczywiście powinien wyrazić swoją opinię, która ścieżka będzie dla pacjenta najlepsza, ale też uważam, że pacjent ma prawo wiedzieć jaki jest wachlarz możliwości. Nawet, gdy chodzi o terapie, które nie są refundowane aktualnie przez NFZ, ale praktykowane są komercyjnie. To czy pacjent zechce sobie je sam sfinansować to już jego decyzja, ale wiedzę o takiej możliwości powinien mieć. Uważam, że pacjentom w ogóle powinna być przekazywana większa wiedza, a przynajmniej tym, którzy wykazują chęć do jej zdobywania. Niestety mam wrażenie, że wyedukowany pacjent nie jest dla lekarzy wartością lecz uciążliwością. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że dużo pacjentów bardzo ufa lekarzom i nie potrzebują zbyt wielu informacji, wręcz wolą nie wiedzieć wszystkiego i to też jest ok.

 

Mimo choroby nowotworowej nie zrezygnowała Pani ze swojego marzenia, czyli posiadania drugiego dziecka. Rozumiem, że po diagnozie podjęła Pani jakieś kroki, aby prewencyjnie zabezpieczyć się, by móc ponownie zajść w ciążę?

Tuż przed diagnozą rozmawialiśmy z mężem, że będziemy wkrótce starać się o drugie dziecko. Także to był taki temat, który był w mojej głowie – pewnie dlatego o nim pomyślałam, kiedy wiedziałam już, że będę miała chemię. Dodatkowo miałam też szczęście, gdyż podczas jednej z prywatnych wizyt chirurg onkolog zadał mi pytanie, czy będę chciała mieć jeszcze dzieci. Co prawda sam nie za bardzo umiał mnie pokierować, co powinnam zrobić i gdzie się udać, ale przynajmniej ten temat z jego strony się pojawił. Tak więc sama zaczęłam szukać informacji, których wtedy 4 lata temu było dosyć mało. Zgłosiłam się do jednej z klinik leczenia niepłodności, ale przyznaję, że nie do końca wiedzieli, jak działać – widać było, że nie mają wielu takich pacjentek. Natomiast już po 2-3 wizycie skierowano mnie do lekarza, który miał doświadczenie w tym temacie. Przez to, że leczenie zaczęło się od operacji i chemia nastąpiła później to miałam więcej czasu by zająć się zabezpieczeniem płodności. Od razu jak wyszłam ze szpitala po operacji, rozpoczęłam procedury związane z mrożeniem zarodków. Zdecydowałam się na tę metodę, bo daje najwięcej szans na macierzyństwo. Oczywiście musieliśmy to wszystko sami sfinansować, także zdaję sobie sprawę, że może to stanowić problem dla niejednej pary, która po prostu nie ma takich środków, albo nie może ich przeznaczyć właśnie na ten cel. Ja miałam ten komfort, choć wtedy jeszcze nie wiedziałam w 100%, czy będę się decydowała na kolejne dziecko. Natomiast wiedziałam, że jak to zrobię, to będę miała wewnętrzny spokój, że jeśli będę chciała zajść w ciąże to będę miała taką możliwość. Cała procedura wymagała dość dużo zaangażowania – codziennie musiałam chodzić do kliniki. Wiele dziewczyn nie ma takiej możliwości – czy to finansowych, czy logistycznych. Na szczęście o tym temacie mówi się coraz więcej, w Poznaniu na przykład procedury zabezpieczenia płodności są obecnie refundowane. W NIO w Warszawie można zamrozić tkankę jajnika. Potrzeba na to tylko 2 dni no i koszt jest nieporównywalnie niższy (płaci się tylko za mrożenie).

Sama decyzja o posiadaniu kolejnego dziecka dojrzewała we mnie – jak już przestałam się bać przerzutów i poukładałam to sobie w głowie, to zdecydowałam, że chcę żyć jak zdrowy człowiek. Po konsultacji z lekarzami dostałam „zielone światło”, że mogę przerwać leczenie, aby móc zajść w ciążę. Okazało się, że mimo podeszłego wieku 35 lat (śmiech) w ciążę zaszłam dość szybko naturalnie. Myślę, że to może być pocieszające dla kobiet, którym nie udało się zabezpieczyć płodności – jeśli tego nie zrobiły, to nie oznacza, że wszystko jest stracone.

  

Jest Pani przykładem na to, że rak nie przekreśla ciąży. Czy ma Pani jakieś przesłanie dla kobiet, u których zdiagnozowano nowotwór w związku z tym marzenie o byciu mamą wydaje im się nierealne?

Diagnoza jest trudnym momentem – dostajemy tak dużo informacji, jest tyle emocji, które musimy uporządkować. Często myślenie o macierzyństwie spychamy na dalszy plan. Dopiero po jakimś czasie chora zaczyna myśleć o życiu po raku i pojawia się temat dzieci. Zachodzenie w ciąże po raku to dość nowe zagadnienie, wzbudzające wiele kontrowersji. I ja nie raz usłyszałam, że powinnam o tym zapomnieć, że ważne, że mam jedno dziecko i starczy.

Dopiero pojawiają się pierwsze badania, które są prowadzone na kobietach po raku piersi, które zostały mamami i ich wyniki są bardzo obiecujące. Wskazują one na to, że ciąża nie zwiększa ryzyka przerzutów. Mnie profesor onkologii powiedział tak: ciąża nie wywoła przerzutów. Jeżeli one się pojawią, to znaczy, że te komórki i tak by się kiedyś odezwały. Być może ciąża to przyspieszy, ale to i tak by się zapewne wydarzyło. Mnie to uspokoiło.

Na koniec dodam, że ja osobiście staram się żyć jak zdrowy człowiek, bo tak teraz o sobie myślę – robię plany, spełniam marzenia

To co mogę poradzić kobietom, które myślą o dziecku po raku – najpierw ważne jest, żeby uporządkować w głowie swoją chorobę. Mogą skorzystać z pomocy psychoonkologa czy terapii Simontonowskiej, jeżeli same mają z tym problem. Strach jest złym doradcą. Ciąża w strachu to też moim zdaniem nie najlepszy pomysł. To ma być stan, którym się cieszymy, w końcu to spełnienie naszych marzeń. Dopiero, gdy poczujemy większy spokój związany ze swoją chorobą warto jest wybrać się do lekarza, któremu temat ciąży po raku jest nieobcy i z nim skonsultować swoje macierzyńskie plany. Niestety nie ma wielu takich lekarzy. Dlatego też na swojej grupie często polecamy sobie tych, którym ten temat jest znany.

  

Wszystkie kobiety, które dotknął nowotwór a pragną zostać mamami zapraszamy na grupę Oli na facebooku: Dziecko po raku – onkomama

 


[pvc_stats postid="" increase="1" show_views_today="0"]

POWIĄZANE ARTYKUŁY